Trzeci poród - czy mogło być lepiej? cz1

początek porodu, skurcze porodowe
Trzeci poród. Niby dwa poprzednie były nie najgorsze, bo w zasadzie bezproblemowe. Boleć bolało, wiadomo, przecież to poród, a nie wizyta w SPA. Ale jednak zawsze coś było "nie tak"... 
Co prawda są osoby, które i mój dobry poród zdeklasują, bo przecież 3 szwy to zbrodnia na pięknie mojego wydarzenia, ale mam to w nosie!

Nie do końca dobrze


Przy poprzednich porodach rządziły położne - "proszę leżeć" - usłyszałam przy każdym z nich. Przy Zośkowym konieczność zwrotu główki na bok, za to jedynie 2h na sali porodowej. Przy Szymku - dodatni GBS, czekamy na drugą dawkę antybiotyku - leżymy, by nie poszło za szybko. No i było 4h na sali, druga dawka antybiotyku, 5minut i Szym na świecie.

Nie było źle. Bo dawałam sobie radę z tym wszystkim, a porody nie odcisnęły piętna na mojej psychice. Ten trzeci miał być jednak dobry. Nie znośny, czy "może być". Miał być dobry!

Dobry poród


Dobry poród to przede wszystkim dobre nastawienie. Ponowne zapoznanie się ze swoimi prawami, zasięgnięcie opinii wśród położnych i douli. Na pewno pomogły też wszystkie zasłyszane historie porodowe, choć, niestety, wiele z nich było traumatycznych... Jednak każda trochę wniosła do mojego nastawienia i mojej świadomości. 

Dobry poród to taki, po którym czujemy się dobrze i mamy świadomość dobrze wykonanej roboty.


Mój trzeci poród


Paradoksalnie, pomimo tego, że miałam ochotę już rodzić, to jednak tak wewnątrz siebie myślałam o tym, by wytrzymać do terminu, bo w przedszkolu we wtorek była impreza ;) 
No, ale w poniedziałek, po umyciu w domu drzwi wewnętrznych, przed codziennym spacerem zaczął intensywnie odchodzić czop. 

Po spacerze, standardowo, usypianie Szymka i chwilka odpoczynku. Czułam się... Dziwnie. Coś czułam, ale nie były to skurcze porodowe. Bardziej delikatne bóle, takie ciągłe, jak te miesiączkowe. W poniedziałek już spokojnie poleżałam, ale ciągle to dziwne uczucie było ze mną... Wieczorna kąpiel też nie była taka jak zwykle. Choć jeszcze spokojnie poleżałam w wannie z telefonem, nadal czułam, że chyba jednak coś zacznie się dziać...

Po 21 miałam kilka skurczy. 3 albo 4 co 9 minut. Krótkie i do zniesienia... Przeszły...

Wyjątkowo nie padłam szybko, właściwie obejrzeliśmy do końca film - Zmierzch wtedy chyba leciał? i około 23 poszliśmy spać.


Pyk


We śnie niemal usłyszałam "pyk", jakby wewnątrz mnie... Wody! Odeszły mi wody? Miał być chlust i wiadro wody, a tu małe pyk. Wstałam, znów troszkę poleciało, ale nadal nie tyle, bo zaszkodziło to znacząco otoczeniu. Łazienka - coś tam trochę leci, ale nie bardzo dużo... Może pójdę się jeszcze położyć... Wstałam, poszłam z tymi mokrymi spodniami do sypialni, obudziłam Piotrka. Nie wiedział co się dzieje, gdy powiedziałam, że to chyba wody (przy żadnym porodzie nawet wód nie zauważyliśmy :D) 

Położyłam się i właściwie od razu wstałam. Zeszłam na dół, Piotrek za mną. Nawet nie wiem, czy już czułam jakiekolwiek skurcze... O 23:40 zadzwoniłam po opiekę do dzieci. Od tego czasu już zaczęłam odczuwać skurcze, a o północy miałam ściągniętą już aplikację do skurczy, by mierzyć ich czas i długość ;) Skurcze były już co 2-7 minut i trwały powyżej 30 sekund.

Wody leciały powoli ale stale, więc przydały się wkładki poporodowe ;) O 00:30 byliśmy już w garażu i właśnie podjechał mój Brat. wymieniliśmy się kluczami i ruszyliśmy do szpitala. Skurcze były już bardziej bolesne, ale półgodzinna podróż minęła szybko. 


Izba przyjęć


Weszłam bez żadnych kolejek. Jak pisałam w Planie Porodu, zależało mi na szybkim podaniu antybiotyku, w związku z GBSem dodatnim. Niestety, jakaś Pani była tuż przede mną w kolejce, też ze skurczami... Moje natomiast były już dokuczliwe a najlepiej znosiłam je na klęcząco, więc w taki sposób czekałam na lekarza, który miał ocenić, czy rodzę (jakbym nie wiedziała ;)). Lekarz zobaczył mnie po drodze do pierwszej Pani i chyba zagęścił ruchy, bo nagle znalazła się dla mnie miejscówka na zbadanie i po wypełnieniu wielu papierów, udało się po kolejnej półgodzinie dotrzeć na oddział porodowy.


Oddział porodowy


Czyli było około 01:30. Przyjęła mnie miła Pani Położna, którą irytował jednak kukający mój Mąż. Nie wiem, dlaczego nerwowość partnera, gdy żona znika na godzinę jest dziwna. ;) Bo całość przyjęcia trwała godzinę, jednak Pani Położna podała od razu antybiotyk, co mnie mocno uspokoiło. Po całej papierologii, poszłam jeszcze na USG, a skończyłam ostatecznie stojąc przed salą porodową, która jeszcze nie była posprzątana i sobie rozmawiałam ze skurczami na korytarzu. Po godzinie i jak już któryś raz pytałam o możliwość skorzystania z toalety, okazało się, że sala obok jest wolna... I weszłam.

Udostępnij to:

Komentarze

0 komentarze :

Prześlij komentarz

Każdy komentarz, like, plusik czy udostępnienie, to dla mnie motor do dalszej pracy nad blogiem i postami. Więc? Udostępnij, skomentuj, polub, jeśli uważasz, ze warto było tu zajrzeć :-)